Mam zimno. Wszystko, co jem lub pije ma posmak maści na opryszczkę. Zimno mam co roku. Widocznie jestem super czuła genetycznie na tego cholernego wirusa, który cały rok siedzi gdzieś tam uśpiony i tylko czeka, aby wyskoczyć na wardze w najmniej spodziewanym momencie, po czym po 1 dniu swędzenia przejmuje kontrolę nad moim narządem słowno-jedzeniowym.
Oprócz tego ubieram się, jak łachudra i jest mi z tym całkiem dobrze. Nie mam nic przeciwko ciepłym skarpetom wystającym z butów, nie miałabym nic przeciwko nawet, gdyby każda skarpeta była inna. Nie mam problemów z modą, bo nie specjalnie się nią przejmuję. Patrze sobie na to, co na wybiegach na to, co w sklepach i w lookbookach, ale żeby to ad hoc wcielać w życie? Neeee. Staram się wyławiać, z całego tego bajzlu takie rzeczy, które pasują do mnie (nie do włosów, figury czy koloru piegów na łokciu), a do tego kim jestem. Stąd cała masa rzeczy w mojej szafie, które są passe, tudzież dają się określić innym wyrafinowanym słowem oznaczającym po prostu "bez smaku". Czymkolwiek i kogokolwiek ten smak miałby być. Nie po to palono staniki i rozcinano gorsety, żeby teraz dać się w ciągnąć w grę zwaną "wyglądaj, jak z wystawy, albo giń!".



